Spadałem... Nagle poczułem okropny ból na plecach. Po chwili przybiegła Kona we łzach.
- Sea! - krzyknęła
- Żyje... Żyje... - wymamrotałem
I nagle... Konana... ona mnie przytuliła?! .-.
Jakoś zawlekli mnie do obozu. Z opatrzonym skrzydłem, ranami i łapą usiadłem na dworze.
--------Tydzień później-----------
Wróciłem do siebie. Chodziłem już normalnie, lekko utykałem i nie mogłem latać. Unikałem Konany od dłuższego czasu. W końcu mnie złapała.
- Sea, ty ode mnie uciekasz?!
- Nie...no...bo... - Ehh... co tu gadać...- No... Tak...
- Czemu???
- No... chodzi o Something.... W tedy nad urwiskiem, pomogła mi. Zanim przybiegłaś... No ona chce żebym ci coś powiedział, ale ja nie wiem czy sam chcę...
- Mhm... Ale co?
- Bo... ja... znaczy ona... ja... - nie umiałem tego wydusić
Dobra... Przyznaję... Lubie ją, nawet bardzo, ale nie moge jej tego... powiedzieć.
- Ehh... nie ważne... - odszedłem
Nie miałem odwagi jej tego...
<Konana?>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz