Sa: Seabor...ne... on tu je...st przyjdzie... po... ciebie...
S: Jakim prawem?!
Sa: To moja wina... Mógł odżyć... zostałam o tym poinformowana we śnie... i... i ja musiałam się zgodzić... i zrobiłam głupstwo... bo tęsknił...am... a on mnie zostawił... i poszedł... szukać...
Wadera jeszcze bardziej płakała. Przytuliłem ją.
S: Nie martw się... Jednak wiesz... jesteśmy w mojej watasze... a ty jesteś z burzowych... a Konana...
Sa: wiem... żegnaj....
Odbiegła. Za sobą poczułem złość Konany. Spojrzałem dyskretnie, stała tam.
S: Nie mam czasu, on tu jest!
Zacząłem biec. Czułem że mnie śledzi. Zatrzymałem się na polanie. Krzaki zaczęły się ruszać. Po chwili wyłonił się Das...
D: Prosz...Prosz... nasz kochaś!
S: Czego ty chcesz?!
D: Twojej śmierci!
Skoczył na mnie a ja walczyłem. Walka nie widziała końca. Po chwili wylądowaliśmy na 2 końcach polany. Ostatkiem sił rzuciłem w niego kulą ognia. Nie wiem czy uciekł czy co ale zniknął. Polana cała była we krwi. Leżałem wyczerpany na ziemi. Zamknąłem oczy. Po chwili usłyszałem kroki Konany i Lii.
<Dziewczyny?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz