Wstałam rano w dość dobrym humorze. Jednak nie miałam ochoty na rozmowę z
kim kolwiek. Szłam tak, aby mnie nikt nie zaczepił. Udało się na
szczęście. Udałam się do lasu na małe polowanie.
- Zając wystarczy - stwierdziłam.
Popatrzyłam uważnie. Nic. Poszłam dalej. Dopiero tam zauważyłam
zająca. Młody był, ale zawsze coś. Podeszłam po cichu i w ostatniej
chwili kiedy go złapałam. Jednak w oddali zobaczyłam inne. Pewnie
rodzina. I wtedy pomyślałam o swojej, która nie żyje. Zrobiło mi się
smutno. Zostawiłam zająca i udałam się nad Księżycowe Jezioro. Szłam ze
spuszczoną głową w teraz bardzo smutnym nastroju. A miało być ta dobrze.
Dzień zapowiadał się na doskonały i przyjemny, a tu co - wystarczy
królik, a nastrój pada, bo przypomina się rodzina. Najważniejsza. Nie
zauważyłam nawet kiedy dotarłam na miejsce. Usiadłam. Na niebie pojawił
się księżyc. Noc zapadła szybko. Popatrzyłam na swoje odbicie w wodzie i
stwierdziłam, że jestem bardzo podobna do matki. Dwie łzy popłynęły po
moim pyszczku. Nagle wyczułam czyjąś obecność. Odwróciłam się. Nikogo.
- Czyżby mi się zdawało? - Zapytałam.
Potem odwróciłam się znowu w stronę jeziora.
- Witaj córeczko - usłyszałam.
Podniosłam wzrok.
- Mama? - Zapytałam wadere przypominającą moją matkę.
Ta potwierdziła.
- Tak za Tobą tęskniłam - powiedziałam.
- Ja za tobą też - odpowiedziała.
- Mamo...
- Tak? - Zapytała.
- Chce do Ciebie. Nie chce być tu - powiedziałam.
- Czemu? Zdawało mi się, że jesteś tu szczęśliwa - mówiła zdziwiona.
- Nie pasuje tu. Nie mam przyjaciół - wyjaśniłam.
- A może jednak masz, a o tym nie wiesz - mówiła i rozpłynęła się.
Chwilę popatrzyłam w miejsce, gdzie była, a potem odwróciłam się. I nagle zorientowałam się, że ktoś tu jest.
( Ktoś? )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz